6.3.10

Czy Erich Fromm wiedział jak żyć? "Mieć czy być" Ericha Fromma - krótka recenzja


Właśnie skończyłem lekturę książki "Mieć czy być" napisanej przez Ericha Fromma. Na blogu pisałem już o pierwszych wrażeniach z tej arcyciekawej lektury (tutaj). Zastanawiałem się wtedy czy autor zaproponuje jakąś praktyczną implementację wartości opisanych w książce. Tak się stało, ale nie mogę się czuć usatysfakcjonowany.
Fromm już na wstępie zakłada, że kapitalizm uniemożliwia pełne życie w tzw. modus bycia. Na obecną chwilę wydaje mi się, że ma on rację, gdyż nie jestem w stanie wyobrazić sobie powszechnego szczęścia w kapitalizmie w obecnym jego stadium rozwoju, nieudolnie pisałem o tym wczoraj w tym poście i przede wszystkich w komentarzach do niego. Jako jedyną formę powszechnej przewagi bycia nad posiadaniem widzi Fromm nowy, zupełnie odmienny od kapitalizmu system. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie pewne utrudnienia we wprowadzeniu tego systemu. Autor proponuje rewolucję mającą na celu wprowadzenie nowego stanu, ja z kolei uważam, że potrzebna jest łagodna, powolna ewolucja tak, aby system kapitalistyczny przeminął nieomal niezauważalnie. Ludzie mogą nowo powstały twór nazywać nawet kapitalizmem mimo, że ze swoim pierwowzorem będzie miał niewiele wspólnego.
Sama koncepcja Fromma dotycząca działania państw wydaje mi się utopijna, niewłaściwa i niespójna. Niespójność najwyraźniej widać w miejscu gdzie proponuje on utworzenie naczelnej rady kultury, która rządziłaby etycznie na zasadzie autorytetów. Fromm pisze, że autorytety są bezsporne i łatwe do wskazania, co stoi w sprzeczności z jego wcześniejszą teorią przemijania autorytetów głoszącą iż autorytetem nie zostaję się na zawsze i bardzo łatwo tę "pozycję" utracić. Fromm jednak uparcie proponuje powierzenie losów państwa kilku auorytetom moralnym, którzy wokół siebie stworzyliby radę kultury sprawującą pieczę nad radą naukową i innymi niewymienionymi w książce radami.
Dla mnie obecnie lepszą alternatywą wydaję się być wybieranie autorytetów tak jak polityków przez głosowanie w jednomandatowych okręgach wyborczych. Pozostaje jednak jeszcze kwestia ludzkich wyborów. Nie wiadomo mianowicie jak skłonić ludzi by nie głosowali na puste obietnice kryjące się za ładną facjatą lecz na ludzi, którzy zapewnią zrównoważony rozwój w kierunku powszechnego szczęścia. Ludzi, którzy będą pracować nad wprowadzeniem planu w życie, a nie nad utrzymaniem wyników sondażowych na "właściwych" pozycjach. Wydaję się mi, że to wystarczy do zapoczątkowania kaskady pozytywnych zmian prowadzącej do ustanowienia nowego, alternatywnego dla kapitalizmu systemu. Pozostaje więc "tylko" pomyśleć jak umożliwić wykonanie tego pierwszego kroku.
Wróćmy jednak do "Mieć czy być". Książkę z czystym sumieniem mogę polecić każdemu kto nie boi się myśleć. Jest ona napisana w taki sposób, że wręcz nie sposób inteligentnemu człowiekowi zgodzić się ze wszystkimi wnioskami autora, co pobudza do własnych rozważań na temat poruszanych kwestii. Pomimo niewielkiej objętości książka potrafi zabrać dużo czasu, często bowiem po przeczytaniu strony czy dwóch uzyskujemy materiał do przemyśleń na kilka dobrych godzin. Wadą opisywanej pozycji jest jej nierówność, czasem przydarza się autorowi dygresja na kilka stron, która mało wnosi do tematu rozpraszając naszą uwagę. Dodatkowo na koniec Fromm serwuje nam opis utopijnej wersji świata próbując wmówić jednocześnie, że jest ona dosyć prosta do osiągnięcia. Czytając odnosiłem wrażenie, że ta część książki została dopisana później, być może na życzenie wydawcy, i jaj treść nie jest do końca przemyślana. Mimo tych wad jeszcze raz podkreślam, że "Mieć czy być" jest pozycją, po którą z pewnością warto sięgnąć.

2 komentarze:

czarnyrobert pisze...

Śmieszne, nie czytałem Fromma ale wpadłem na podobny pomysł - kierunek rozwoju społeczeństwa powinni wyznaczać wizjonerzy, osoby o wybitnie szerokich horyzontach, zainteresowaniach, wiedzy i inteligencji. Teraz można dojść do władzy i rządzić krajem przez 4 lata mając wykształcenie podstawowe i będąc matołkiem - wystarczy być w miarę wygadanym przed kamerami i ładnie uśmiechać się z plakatów. No jeszcze znajomości w tej czy innej partii też są plusem.
Jak by wybierano rząd wizjonerów? Może podobnie jak w środowisku naukowym, na zasadzie uznawania zasług i powoływania do władzy ? Uznanie osoby która sama ma duży indeks uznania byłoby większe niż uznanie wyrażone przez bezrobotnego pijaczka mającego zero osiągnięć. Teraz głos oddany w wyborach przez ś.p. Stanisława Lema ma taką sama wagę co głos oddany przez panią Zosię z warzywniaka co podstawówki nie ukończyła.
Jest to sprawiedliwe ? Tak ? To może pani z warzywniaka powinna mieć takie same dochody i taki sam samochód jak pan Lem ?

Należy też zauważyć, że mamy u nas władze której nie obowiązuje demokracja (nie twierdzę że jest to dobry przykład) - sądownictwo to właściwie klany rodzinne, do których osobie z zewnątrz niezwykle trudno się dostać. Wszelkie władze w firmach, korporacjach są wybierane w sposób całkowicie niedemokratyczny i tak też sprawują swoją władzę.

Wybory powszechne są w istocie jedynie mydleniem oczu ludowi, że sam może decydować o swoim losie. Jest to też sposób na spacyfikowanie społeczeństwa - przecież czemu miałoby się buntować na władzę którą samo "wybrało".

Jednak mam wrażenie, że coraz bardziej oddalamy się od rządu wizjonerów.
Wytworzyliśmy twory takie jak korporacje, które teraz same ewoluują, tworzą nasze potrzeby (reklamami), dostarczają nam płytkiej rozrywki (odmóżdżające brukowce i inne kolorowe banalne pisemka, debilne show w telewizji, lansowanie na "gwiazdy" osób pokroju Jolki Rutowicz), tak abyśmy byli uległymi, nie myślącymi i łatwymi do manipulowania konsumentami. Jednocześnie długa praca zapewnia, że ludzie nie mają czasu pomyśleć i zacząć kwestionować system, który za długie nadgodziny "obdarowuje" możliwością kupienia sobie (ale na tani kredyt) kolejnej niepotrzebnej błyskotki, z której i tak nie skorzystamy, bo nie mamy czasu, siedzimy po 10 h w firmie... bo przecież tak łatwo stracić pracę....

mongr pisze...

Myślę, że problemem nie jest demokracja tylko właśnie kondycja osób tworzących społeczeństwo. Nie wiem czy winna jest edukacja czy brak odpowiednich podstaw wyniesionych z domu, ale dużo ludzi nie chce myśleć. Niektórzy wręcz się tego boją. Sam czasem łapię się na rozmyślaniu o tym czy nie łatwiej byłoby zająć się karierą, własnym życiem i w te strony skierować wszystkie moje "moce przerobowe". Nie czynię tego jednak i zachęcam innych do podobnego zachowania.

Poza tym wydaje się mi, że wystarczyłoby, tylko i aż, oddawać głos w wyborach na osoby prawdomówne, kierujące się ogólnie przyjętymi zasadami etycznymi i nie obawiające się myśleć i działać w sposób nieszablonowy, aby było lepiej. Niestety obecna ordynacja wyborcza w znacznym stopniu nam to utrudnia. Poza tym najpierw trzeba zachęcić do myślenia więcej ludzi. Osoba po podstawówce potrafi rozpoznać podstawowy interes społeczny, czasami tylko daje się omamić obietnicom działań, które tego interesu nie realizują. Dzieje się tak jednak tylko dlatego, że nie ma siły myśleć i analizować tego co do niej dociera. Nie jest to zresztą domeną osób legitymujących się niższym wykształceniem. Pokusiłbym się nawet do sugestii, że cecha nie wykazuje korelacji z poziomem wykształcenia